Czy kiedykolwiek pomyślałeś tak o sobie lub słyszałeś od innych? To bardzo często słyszana odpowiedź na pytanie: Powiedz coś o sobie, z którym możemy spotkać się często na rozmowach rekrutacyjnych lub w przypadku dołączania do nowych grup, np. w pracy.
W dzisiejszym świecie (a właściwie od czasu gdy dostęp do Internetu stał się powszechny) większość ludzi uważa się za „nudnych”. Jest wiele czynników, które mogły na to wpłynąć. Dostęp do Internetu i wszechobecna promocja perfekcjonizmu zapoczątkowały proces dążenia prawie każdego człowieka do bycia idealnym, produktywnym, pracowitym, bogatym, etc... I nie bez powodu używam słowa „dążenia”.
Dążenia te są skazane na porażkę, gdyż NIE MA ludzi idealnych. Wszystko to, co influencerzy, twórcy pokazują w social mediach to tylko malutka cząstka ich życia, którą chcą się podzielić z innymi. I to też wymaga dużej odwagi, aby pokazać tę część siebie w sieci. To trochę jak rzucenie się lwom na pożarcie, nigdy nie wiesz jak społeczność zareaguje na Twoje treści albo czy w ogóle będzie jakiekolwiek zainteresowanie. A nawet jeśli by nie było reakcji to przydałoby się w tym wytrwać, aby sobie udowodnić że umiemy coś zrobić. Jednak tutaj chodzi o coś więcej niż tylko response od obserwatorów. Tworzenie treści w Internecie od zera to naprawdę bardzo wymagający proces i w niektórych przypadkach bardzo długotrwały i angażujący. Wydaje mi się, że każda ludzka jednostka ma w sobie ten dziwny cel (może nawet nieświadomie), aby kogoś inspirować, pomagać lub po prostu mieć wpływ na innych.
Wracając do tematu... idealne ciało nie istnieje, idealna dieta nie istnieje, idealne zdjęcia/filmy nie istnieją, idealna praca nie istnieje, idealny człowiek nie istnieje. Owszem, można coś poprawiać milion razy, dążyć do tego, by było jak najlepsze, ale serio? Naprawdę chcesz dążyć do tego idealnego stanu, który w sumie nie wiadomo czym jest? Sama mam lekką obsesję na tym punkcie, a to wszystko przez social media, które to wypromowały. Niemniej jednak, powoli się od tego uwalniam.
W przypadku gdy człowiek zaczyna nienawidzić siebie patrząc w lustro (pomimo zwyczajnego wyglądu = brak chorób, nadwagi, niedowagi) cały ten aspekt perfekcjonizmu zaczyna być dużym problemem, mającym wpływ zarówno na zdrowie fizyczne, jak i psychiczne. Szkoda, że zostaliśmy wychowani w dobie dążenia do bycia ideałem, bo przez to życie staje się męczące. A w życiu nie chodzi o pracę ponad własne siły, odmawianie sobie wszystkiego czy unikanie. Życie to podróż, życie to cud, który otrzymaliśmy. Jesteśmy na tym świecie, aby doświadczać go, poznawać nowe miejsca, ludzi, próbować nowych smaków, przeżywać różne rzeczy, stany, emocje. A w momencie, gdy ktoś (kobieta) skupia się na tym, że ma trochę za dużo tu i tam i nie założy tej sukienki, która tak jej się podoba, bo będzie źle wyglądała, bo ludzie będą ją oceniać, nie zje tego dania, bo przytyje, etc... to cała ta wolność, całe to życie, którym zostaliśmy obdarowani staje się więzieniem. Chyba nikt by nie chciał być więźniem we własnym życiu. Swoją drogą, interesujące... gdyby świat był więzieniem i moglibyśmy normalnie wychodzić na zewnątrz, to gdzie bylibyśmy na wolności? W kosmosie?
Ile razy powstrzymałeś się od wrzucenia zdjęcia na swoje social media, bo światło było słabe, jakość nieodpowiednia lub cokolwiek innego? W dobie dążenia do tego, że wszystko musi być idealne, zatracamy siebie, tracimy czas, który moglibyśmy poświęcić na zdobywanie nowych doświadczeń, budowanie czegoś. A skąd wiesz, że jeśli nie założysz tych spodni, w których twoje nogi „wyglądają grubo” to nie staniesz się dla kogoś inspiracją? W życiu jest wiele nieoczekiwanym momentów. Nigdy nie wiesz, kiedy spotkasz osobę, dla której staniesz się autorytetem.
Dla mnie kiedyś też było łatwiej skupiać się na dążeniu do perfekcji: treningi, dieta, makijaż, nauka ponad wszystko i bycie niesamowicie miłym i uczynnym człowiekiem. Kosztowało mnie to wszystko mnóstwo stresu, konsekwencji zdrowotnych (które wciąż się za mną ciągną), mnóstwo pieniędzy wydanych na terapię, stany depresyjne, bardzo krytyczna postawa wobec samej siebie, odmawianie sobie tworzenia i pokazania ludziom czegoś co może zmienić ich życie. I żałuję tego. Bo w czasach mojej największej motywacji, byłam tak zafiksowana na punkcie tego, że nie jestem idealna, że straciłam mnóstwo czasu. Ale małymi kroczkami uwalniam się od tego mindsetu.
Przez całe 26 letnie życie szukałam swojego hobby – idealnego, które doskonale by ze mną rezonowało i wciągnęłoby mnie całkowicie. I szczerze mówiąc – próbowałam mnóstwa rzeczy, ale nigdy nie poczułam tego. Do pewnego czasu... Moją pierwszą pasją stał się sport, miałam wtedy 16 lat. Ale nie byle jaki sport. W szkole podstawowej nienawidziłam zajęć sportowych ani wszelkiej aktywności fizycznej. Mama postanowiła mi zaproponować zajęcia karate. Z niechęcią się zgodziłam i poszłyśmy kilka razy razem z siostrą, ale ona szybciej odpadła niż ja. Dla mnie karate było czymś doskonałym, w czym nie musisz być doskonałym. Połączenie kultury, techniki, siły, potu i łez. Może się to wydawać teraz przerażające, ale właśnie takie drastyczne podejście miałam wtedy do sportu. Do niedawna myślałam, że sport właśnie na tym polega. Ale ostatecznie karate wykształciło we mnie bycie zdyscyplinowanym, co bardzo pomaga w życiu. Później to hobby zaczęło we mnie wygasać, ale podtrzymałam je poprzez treningi w domu.
W dorosłość wkraczałam właśnie z tą jedną pasją, która była moja i sprawiała mi przyjemność. I właściwie przez bardzo długi czas w moim życiu było to moje jedyne hobby. Nie lubiłam czytać, nie lubiłam rysować, śpiewać, prace manualne i kreatywne słabo mi wychodziły, nie miałam żadnych specjalnych zdolności. Uważałam się za totalnie przeciętnego, nudnego człowieka i tak samo traktowali mnie ludzie. Na studiach chciałam być kimś po raz kolejny i pomagałam innym z nauką, nawet za koszt mojego szacunku do siebie. Pracując w grupie odkryłam w sobie zdolności do planowania pracą zespołu, ale nikt nie lubił ze mną pracować, uważając że się rządzę, więc też wygasiłam w sobie tę umiejętność. W międzyczasie rozwinęła się we mnie bardzo słaba pasja do gotowania.
Dopiero po zakończeniu studiów, zakończeniu długoterminowego związku i popełnieniu miliona błędów w życiu, zaczęłam skupiać się na sobie, na moich odczuciach, tym co mnie inspiruje i zaczęłam pozwalać sobie na robienie rzeczy, które sprawiają mi przyjemność.
Jestem typem człowieka, który analizuje wszystko, swoje myśli, myśli innych ludzi, zachowania, pogodę, nagłe zdarzenia, etc i interpretuje to na swój własny sposób. Dodatkowo, dla mnie wszystko musi mieć jakiś głębszy sens, żebym się tym zainteresowała. I w ten sposób rozpoczęła się moja droga z duchowością, numerologią i mocą umysłu. Zaczęło się bardzo niewinnie... Kiedyś wpadła mi w ręce książka Potęga Podświadomości i dzięki niej udało mi się wyleczyć z bardzo ciężkich problemów z żołądkiem. Potem miałam długą przerwę od przejmowania kontroli nad moim umysłem. Dopiero kilka lat później zaczęłam słuchać mów Dhammy wygłaszanych przez mnichów buddyjskich oraz słuchać medytacji, a po jakimś czasie medytować. W najcięższym czasie mojego życia natrafiłam na jakiś amatorski film o afirmacjach (to takie pozytywne stwierdzenia, które mówią w czasie teraźniejszym o tym co chcesz zmienić: Kocham i szanuję siebie). Spróbowałam raz i potem jakoś o tym zapomniałam (a odpuszczanie uruchamia proces spełniania afirmacji). Po jakimś czasie zaczęło się coś zmieniać, więc kontynuowałam. Dodatkowo zaczęłam zapisywać każdego dnia rzeczy, za które jestem wdzięczna. Następnie doszła numerologia – właściwie też było to przypadkowe. Znalazłam dziewczynę, która pokazywała różne sposoby manifestacji marzeń i stała się dla mnie inspiracją, więc zrobiłam sobie taki sam tatuaż, a potem weszłam głębiej w świat duchowości i przypadkowo się okazało, że wytatuowałam sobie moją liczbę duszy. Moje życie zmieniało się tak, jak tego chciałam, zgodnie z afirmacjami. Zaczęłam słuchać mantr, które też wiele zmieniły w moim życiu. W którymś momencie mojego prawie samotnego życia zaczęłam planować posiłki. Nie jestem w tym jakaś bardzo samodzielna, bo dużo inspiracji czerpię od innych, ale stało się to dla mnie nieodłączną częścią tygodnia. Potem doszła praktyka yogi 2 razy dziennie. I nagle mnie olśniło...
Od kilku lat śledzę moje nawyki: jak treningi, spacery, nawodnienie, medytacje, suplementy i można myśleć: ale to są normalne rzeczy codzienne, co w tym takiego ciekawego? Ale dla mnie w którymś momencie stało się to hobby, moim stylem życia. Trzeba też pamiętać, że nawyki składają się na rutynę, a rutyna jest tym co nas ugruntowuje, co nam pozwala czuć się bezpiecznie. Planowanie dni, wypełnianie nawyków, dbanie o siebie, swoje jedzenie, aktywność fizyczna, dbanie o swoje zdrowie, o bliskich. Nuda? Nie, dla mnie to nie jest nuda. W zależności od tego jakie są twoje priorytety, możesz sobie robić co chcesz. Ostatnio trafiłam na post w social mediach o tym, że każdy człowiek powinien się nauczyć żyć w pełni spokoju, w swojej nienaruszalnej bańce bezpieczeństwa, która mu pozwala czuć się dobrze. Bo tylko wtedy będziemy w stanie docenić te ekstremalne momenty szczęścia, gdy nasze endorfiny eksplodują.
W końcu zrozumiałam, że wcale nie musisz być kimś kto robi nie wiadomo co. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Ludzie mają wolną wolę. Jeden może fascynować się grami komputerowymi, drugi podróżami, trzeci gotowaniem, czwarty finansami. Na świecie jest ogromna liczba rzeczy, które mogą stać się twoim hobby, pewnie są jeszcze takie, których nikt nie odkrył. A ludzi jest jeszcze więcej niż tych hobby. Jeden człowiek może mieć kilka hobby. Może też próbować czegoś nowego, co go rozwija dodatkowo. Jak się pomyśli w ten sposób to się okazuje, że każdy człowiek może mieć zestawienie tak różnych zainteresowań w sobie, że to się nie mieści w głowie. A ten zestaw zainteresowań (dodatkowo wygląd, głos, charakter - bo nie ma dwóch takich samych ludzi) czyni go najbardziej wyjątkową istotą w tym wszechświecie. Wszyscy jesteśmy wyjątkowi i każdy z nas zasługuje na szczęście, radość, miłość, spokój, bezpieczeństwo. Niezależne od naszych błędów, zainteresowań, pochodzenia. Każdy na to zasługuje.