08 stycznia 2024

"Nie jestem interesującą osobą" - normalizacja bycia "nudnym" (znaczy normalnym)

 Czy kiedykolwiek pomyślałeś tak o sobie lub słyszałeś od innych? To bardzo często słyszana odpowiedź na pytanie: Powiedz coś o sobie, z którym możemy spotkać się często na rozmowach rekrutacyjnych lub w przypadku dołączania do nowych grup, np. w pracy.

W dzisiejszym świecie (a właściwie od czasu gdy dostęp do Internetu stał się powszechny) większość ludzi uważa się za „nudnych”. Jest wiele czynników, które mogły na to wpłynąć. Dostęp do Internetu i wszechobecna promocja perfekcjonizmu zapoczątkowały proces dążenia prawie każdego człowieka do bycia idealnym, produktywnym, pracowitym, bogatym, etc... I nie bez powodu używam słowa „dążenia”.

Dążenia te są skazane na porażkę, gdyż NIE MA ludzi idealnych. Wszystko to, co influencerzy, twórcy pokazują w social mediach to tylko malutka cząstka ich życia, którą chcą się podzielić z innymi. I to też wymaga dużej odwagi, aby pokazać tę część siebie w sieci. To trochę jak rzucenie się lwom na pożarcie, nigdy nie wiesz jak społeczność zareaguje na Twoje treści albo czy w ogóle będzie jakiekolwiek zainteresowanie. A nawet jeśli by nie było reakcji to przydałoby się w tym wytrwać, aby sobie udowodnić że umiemy coś zrobić. Jednak tutaj chodzi o coś więcej niż tylko response od obserwatorów. Tworzenie treści w Internecie od zera to naprawdę bardzo wymagający proces i w niektórych przypadkach bardzo długotrwały i angażujący. Wydaje mi się, że każda ludzka jednostka ma w sobie ten dziwny cel (może nawet nieświadomie), aby kogoś inspirować, pomagać lub po prostu mieć wpływ na innych.

Wracając do tematu... idealne ciało nie istnieje, idealna dieta nie istnieje, idealne zdjęcia/filmy nie istnieją, idealna praca nie istnieje, idealny człowiek nie istnieje. Owszem, można coś poprawiać milion razy, dążyć do tego, by było jak najlepsze, ale serio? Naprawdę chcesz dążyć do tego idealnego stanu, który w sumie nie wiadomo czym jest? Sama mam lekką obsesję na tym punkcie, a to wszystko przez social media, które to wypromowały. Niemniej jednak, powoli się od tego uwalniam.

W przypadku gdy człowiek zaczyna nienawidzić siebie patrząc w lustro (pomimo zwyczajnego wyglądu = brak chorób, nadwagi, niedowagi) cały ten aspekt perfekcjonizmu zaczyna być dużym problemem, mającym wpływ zarówno na zdrowie fizyczne, jak i psychiczne. Szkoda, że zostaliśmy wychowani w dobie dążenia do bycia ideałem, bo przez to życie staje się męczące. A w życiu nie chodzi o pracę ponad własne siły, odmawianie sobie wszystkiego czy unikanie. Życie to podróż, życie to cud, który otrzymaliśmy. Jesteśmy na tym świecie, aby doświadczać go, poznawać nowe miejsca, ludzi, próbować nowych smaków, przeżywać różne rzeczy, stany, emocje. A w momencie, gdy ktoś (kobieta) skupia się na tym, że ma trochę za dużo tu i tam i nie założy tej sukienki, która tak jej się podoba, bo będzie źle wyglądała, bo ludzie będą ją oceniać, nie zje tego dania, bo przytyje, etc... to cała ta wolność, całe to życie, którym zostaliśmy obdarowani staje się więzieniem. Chyba nikt by nie chciał być więźniem we własnym życiu. Swoją drogą, interesujące... gdyby świat był więzieniem i moglibyśmy normalnie wychodzić na zewnątrz, to gdzie bylibyśmy na wolności? W kosmosie?

Ile razy powstrzymałeś się od wrzucenia zdjęcia na swoje social media, bo światło było słabe, jakość nieodpowiednia lub cokolwiek innego? W dobie dążenia do tego, że wszystko musi być idealne, zatracamy siebie, tracimy czas, który moglibyśmy poświęcić na zdobywanie nowych doświadczeń, budowanie czegoś. A skąd wiesz, że jeśli nie założysz tych spodni, w których twoje nogi „wyglądają grubo” to nie staniesz się dla kogoś inspiracją? W życiu jest wiele nieoczekiwanym momentów. Nigdy nie wiesz, kiedy spotkasz osobę, dla której staniesz się autorytetem.

Dla mnie kiedyś też było łatwiej skupiać się na dążeniu do perfekcji: treningi, dieta, makijaż, nauka ponad wszystko i bycie niesamowicie miłym i uczynnym człowiekiem. Kosztowało mnie to wszystko mnóstwo stresu, konsekwencji zdrowotnych (które wciąż się za mną ciągną), mnóstwo pieniędzy wydanych na terapię, stany depresyjne, bardzo krytyczna postawa wobec samej siebie, odmawianie sobie tworzenia i pokazania ludziom czegoś co może zmienić ich życie. I żałuję tego. Bo w czasach mojej największej motywacji, byłam tak zafiksowana na punkcie tego, że nie jestem idealna, że straciłam mnóstwo czasu. Ale małymi kroczkami uwalniam się od tego mindsetu.

Przez całe 26 letnie życie szukałam swojego hobby – idealnego, które doskonale by ze mną rezonowało i wciągnęłoby mnie całkowicie. I szczerze mówiąc – próbowałam mnóstwa rzeczy, ale nigdy nie poczułam tego. Do pewnego czasu... Moją pierwszą pasją stał się sport, miałam wtedy 16 lat. Ale nie byle jaki sport. W szkole podstawowej nienawidziłam zajęć sportowych ani wszelkiej aktywności fizycznej. Mama postanowiła mi zaproponować zajęcia karate. Z niechęcią się zgodziłam i poszłyśmy kilka razy razem z siostrą, ale ona szybciej odpadła niż ja. Dla mnie karate było czymś doskonałym, w czym nie musisz być doskonałym. Połączenie kultury, techniki, siły, potu i łez. Może się to wydawać teraz przerażające, ale właśnie takie drastyczne podejście miałam wtedy do sportu. Do niedawna myślałam, że sport właśnie na tym polega. Ale ostatecznie karate wykształciło we mnie bycie zdyscyplinowanym, co bardzo pomaga w życiu. Później to hobby zaczęło we mnie wygasać, ale podtrzymałam je poprzez treningi w domu.

W dorosłość wkraczałam właśnie z tą jedną pasją, która była moja i sprawiała mi przyjemność. I właściwie przez bardzo długi czas w moim życiu było to moje jedyne hobby. Nie lubiłam czytać, nie lubiłam rysować, śpiewać, prace manualne i kreatywne słabo mi wychodziły, nie miałam żadnych specjalnych zdolności. Uważałam się za totalnie przeciętnego, nudnego człowieka i tak samo traktowali mnie ludzie. Na studiach chciałam być kimś po raz kolejny i pomagałam innym z nauką, nawet za koszt mojego szacunku do siebie. Pracując w grupie odkryłam w sobie zdolności do planowania pracą zespołu, ale nikt nie lubił ze mną pracować, uważając że się rządzę, więc też wygasiłam w sobie tę umiejętność. W międzyczasie rozwinęła się we mnie bardzo słaba pasja do gotowania.

Dopiero po zakończeniu studiów, zakończeniu długoterminowego związku i popełnieniu miliona błędów w życiu, zaczęłam skupiać się na sobie, na moich odczuciach, tym co mnie inspiruje i zaczęłam pozwalać sobie na robienie rzeczy, które sprawiają mi przyjemność.

Jestem typem człowieka, który analizuje wszystko, swoje myśli, myśli innych ludzi, zachowania, pogodę, nagłe zdarzenia, etc i interpretuje to na swój własny sposób. Dodatkowo, dla mnie wszystko musi mieć jakiś głębszy sens, żebym się tym zainteresowała. I w ten sposób rozpoczęła się moja droga z duchowością, numerologią i mocą umysłu. Zaczęło się bardzo niewinnie... Kiedyś wpadła mi w ręce książka Potęga Podświadomości i dzięki niej udało mi się wyleczyć z bardzo ciężkich problemów z żołądkiem. Potem miałam długą przerwę od przejmowania kontroli nad moim umysłem. Dopiero kilka lat później zaczęłam słuchać mów Dhammy wygłaszanych przez mnichów buddyjskich oraz słuchać medytacji, a po jakimś czasie medytować. W najcięższym czasie mojego życia natrafiłam na jakiś amatorski film o afirmacjach (to takie pozytywne stwierdzenia, które mówią w czasie teraźniejszym o tym co chcesz zmienić: Kocham i szanuję siebie). Spróbowałam raz i potem jakoś o tym zapomniałam (a odpuszczanie uruchamia proces spełniania afirmacji). Po jakimś czasie zaczęło się coś zmieniać, więc kontynuowałam. Dodatkowo zaczęłam zapisywać każdego dnia rzeczy, za które jestem wdzięczna. Następnie doszła numerologia – właściwie też było to przypadkowe. Znalazłam dziewczynę, która pokazywała różne sposoby manifestacji marzeń i stała się dla mnie inspiracją, więc zrobiłam sobie taki sam tatuaż, a potem weszłam głębiej w świat duchowości i przypadkowo się okazało, że wytatuowałam sobie moją liczbę duszy. Moje życie zmieniało się tak, jak tego chciałam, zgodnie z afirmacjami. Zaczęłam słuchać mantr, które też wiele zmieniły w moim życiu. W którymś momencie mojego prawie samotnego życia zaczęłam planować posiłki. Nie jestem w tym jakaś bardzo samodzielna, bo dużo inspiracji czerpię od innych, ale stało się to dla mnie nieodłączną częścią tygodnia. Potem doszła praktyka yogi 2 razy dziennie. I nagle mnie olśniło...

Od kilku lat śledzę moje nawyki: jak treningi, spacery, nawodnienie, medytacje, suplementy i można myśleć: ale to są normalne rzeczy codzienne, co w tym takiego ciekawego? Ale dla mnie w którymś momencie stało się to hobby, moim stylem życia. Trzeba też pamiętać, że nawyki składają się na rutynę, a rutyna jest tym co nas ugruntowuje, co nam pozwala czuć się bezpiecznie. Planowanie dni, wypełnianie nawyków, dbanie o siebie, swoje jedzenie, aktywność fizyczna, dbanie o swoje zdrowie, o bliskich. Nuda? Nie, dla mnie to nie jest nuda. W zależności od tego jakie są twoje priorytety, możesz sobie robić co chcesz. Ostatnio trafiłam na post w social mediach o tym, że każdy człowiek powinien się nauczyć żyć w pełni spokoju, w swojej nienaruszalnej bańce bezpieczeństwa, która mu pozwala czuć się dobrze. Bo tylko wtedy będziemy w stanie docenić te ekstremalne momenty szczęścia, gdy nasze endorfiny eksplodują.

W końcu zrozumiałam, że wcale nie musisz być kimś kto robi nie wiadomo co. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Ludzie mają wolną wolę. Jeden może fascynować się grami komputerowymi, drugi podróżami, trzeci gotowaniem, czwarty finansami. Na świecie jest ogromna liczba rzeczy, które mogą stać się twoim hobby, pewnie są jeszcze takie, których nikt nie odkrył. A ludzi jest jeszcze więcej niż tych hobby. Jeden człowiek może mieć kilka hobby. Może też próbować czegoś nowego, co go rozwija dodatkowo. Jak się pomyśli w ten sposób to się okazuje, że każdy człowiek może mieć zestawienie tak różnych zainteresowań w sobie, że to się nie mieści w głowie. A ten zestaw zainteresowań (dodatkowo wygląd, głos, charakter - bo nie ma dwóch takich samych ludzi) czyni go najbardziej wyjątkową istotą w tym wszechświecie. Wszyscy jesteśmy wyjątkowi i każdy z nas zasługuje na szczęście, radość, miłość, spokój, bezpieczeństwo. Niezależne od naszych błędów, zainteresowań, pochodzenia. Każdy na to zasługuje.

19 lutego 2022

Jak zmienia się nasze podejście wraz z dojrzewaniem?

Na początku ostrzegam, że to długi, nudny post o moim życiu. Pozdrawiam :D

Z wiekiem nasza osobowość bardzo się zmienia. Ma na nią wpływ wiele czynników, np. ludzie, których poznajemy, doświadczenia, które zdobywamy, miejsce, w którym żyjemy. Człowiek nie pozostaje taki sam na całe życie, ponieważ stale jego otoczenie ulega zmianom, a wraz z nim on sam.

Często gdy rozpada się jakaś relacja padają słowa „zmieniłeś/łaś się”. Niektórzy myślą, że ludzie się nie zmieniają, to znaczy mówią tak bo poznali tą drugą osobę lepiej. Prawdą jest jednak, że ludzie się zmieniają naprawdę i to niekoniecznie z własnej woli, ale właśnie pod wpływem sytuacji czy innych osób, otoczenia i wielu innych czynników. Każda nowa relacja czy doświadczenie, każda nowa rzecz, którą robimy ma wpływ na nasze postrzeganie świata. Może to jest inny pogląd niż powszechny, ale wg mnie właśnie tak jest.

Ludzie bardzo łatwo przywiązują się i przyzwyczajają do innych osób czy do rzeczy, które robią codziennie. Właśnie wtedy, po takim długim czasie mówią „zmieniłeś/łaś się”, „zmieniłeś/łaś sposób w jaki mnie traktujesz”. Tylko to nie wynika z tego, że ta osoba tak bez powodu zmieniła to podejście, zawsze za zmianą jest przyczyna. Oczywiście wiadomo, że nie musi ona być wielkiej wagi. Ale życie jest procesem przyczynowo-skutkowym, no i nic nie dzieje się po prostu bez przyczyny. Ktoś zaniedbał swoje zdrowie to będzie chorował, ktoś zrobił krzywdę komuś innemu to będzie cierpiał. Jeśli ktoś nieuważnie jechał samochodem bardzo prawdopodobne jest to, że spowoduje wypadek i będzie również poszkodowany.

Bardzo ciężko jest tak naprawdę mówić o zmianach, gdy każdy człowiek zupełnie inaczej je postrzega. One są konieczne, ale bardzo trudne do zaakceptowania. Zwłaszcza jak zmienia się osoba bardzo nam bliska. Oczywiście, gdy my sami się zmieniamy, na przykład po jakiejś toksycznej relacji to cieszymy się z tego bardzo, bo zmienia się nasze podejście, nasze myślenie. Zmienia się po prostu wszystko w naszym życiu. Właśnie ta zmiana jest wyznacznikiem nowego życia.

Nie sądzę, że jestem odpowiednią osobą do prowadzenia ogólnych rozważań bo nie mam teoretycznej wiedzy, jedynie mogę oprzeć się o to, czego się nauczyłam w życiu, więc przejdę po prostu do opisu w jaki sposób u mnie te zmiany osobowości się objawiły.

Jako dziecko bałam się praktycznie wszystkiego, bałam się rodziny, innych dzieci, bałam się chodzić do przedszkola, a potem do szkoły. Wszystko było dla mnie przerażające i nie pamiętam dokładnie jak się czułam wtedy, ale było to naprawdę bardzo trudne, żeby otworzyć się na ten inny świat. Inne dzieci nie za bardzo mnie lubiły, miałam chyba tylko jedną koleżankę wtedy. Ja wiedziałam, że może gdybym potrafiła się otworzyć to by mnie wszyscy polubili, ale zawsze miałam takie uczucie, że gdy to zrobię to oni bardzo mnie zranią, bo będą mnie mieli pewną część mnie, której ja nie będę mogła kontrolować. Ogólnie byłam bardzo radosnym dzieckiem, trochę buntowniczym i w sumie myślę, że trochę mi z tego zostało tylko, że ja trochę zmieniłam podejście do życia, żeby nie mieć takiego jak moi rodzice mają teraz. Ponieważ gdybym została przy tym co robiłam wcześniej i jak myślałam to byłabym naprawdę bardzo nieszczęśliwa, a ja chcę być szczęśliwa.

W dalszej części mojego życia było gimnazjum, treningi karate, na które uczęszczał mój kuzyn więc mama stwierdziła, że może ja też się do tego będę nadawała. Bardzo mi się to spodobało, ale w szkole byłam ciągle wyśmiewana za to jak się ubieram, za to że w ogóle jestem, za to że trenuje karate, za to że moja siostra jest taka i tak dalej. Oczywiście miałam kilka koleżanek, ale w szkole podstawowej czy gimnazjum potrzebna jest ta akceptacja. Inne dzieci po prostu nie potrafiły mnie zaakceptować i właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że stało się to czego tak bardzo się bałam, czyli otworzyłam się minimalnie na innych, a właściwie to nie otworzyłam się, choć będąc całkowicie szczerym nie musiałam się otwierać, oni i tak mnie odrzucili. To co by się musiało stać gdybym się jednak otworzyła?

W tamtym czasie moje życie było bardzo trudne i dużo czasu poświęcałam na rzeczy bezmyślne, bo one sprawiały, że czułam się lepiej: oglądałam seriale, słuchałam muzyki, chyba biegałam z tego co pamiętam, bo chciałam utrzymać formę (ale jednak karate i tak skończyło się wraz z rozpoczęciem szkoły średniej no ale mniejsza z tym), dużo miałam znajomych z internetu (związków też). Udało mi się skończyć szkołę średnią i gimnazjum z bardzo słabymi wynikami, ale dostałam się do szkoły  średniej dzięki mojej mamie. W tamtej chwili zaczął się taki proces, gdzie zmiana szkoły ma ogromny wpływ na moje myślenie, to znaczy poszłam do szkoły średniej gdzie nie było tych osób, które były w gimnazjum, które mnie krzywdziły, śmiały się ze mnie i nagle poczułam, że mogę zacząć wszystko od zera. Szkoła średnia to właściwie było jedno z najbardziej intensywnych rzeczy w moim życiu pod względem właśnie chęci do życia czy do nauki czy różnych doświadczeń. Wtedy też pierwszy raz byłam w dłuższym związku. Gdy zaczęłam się otwierać na innych to część osób mnie po prostu zaakceptowała, ale były też takie osoby, które totalnie nie mogły zaakceptować tego że jestem trochę inna niż wszyscy (wycofana) i na przykład w tamtym czasie dużo udzielałam się na Facebooku i jedna dziewczyna miała problem, że tak w internecie się udzielam, ale w klasie już nic nie powiem. Ale tak naprawdę nie wiem o co jej chodziło. Tamten czas w moim życiu był też intensywny pod względem tego, że rodzice bardzo dużo się kłócili, wyjeżdżali za granicę do pracy na zmianę, więc w moim życiu było bardzo dużo stresu. Później zaczęły się problemy z moim żołądkiem, które mam praktycznie do dzisiaj i ciężko je opanować w jakikolwiek sposób.

Mój sposób na stres w szkole średniej był taki, że cały czas się uczyłam, chciałam być najlepsza i mój mózg sobie wybrał najgorszą dziedzinę, w jakiej można było być najlepszym, czyli taką której większość osób nie rozumie, ale jest bardzo logiczna - czyli wybrałam matematykę. To sprawiło, że bardzo dużo osób chciało żebym im pomagała, chcieli ode mnie zadania i tak dalej i czułam się po prostu popularna. To bardzo podbudowało moje poczucie wartości, które zostało zniszczone w czasie gimnazjum, ale też trochę przez rodziców, którzy nie potrafili mnie nauczyć tego jak je budować.

W szkole średniej też było dużo zawirowań głównie takich związkowych. W ostatniej klasie pod wpływem emocji podjęłam decyzję, że wyjeżdżam na studia do innego miasta. I wyjechałam, nie bałam się za bardzo, bo miałam tutaj chłopaka/przyjaciela (pomijam to, że ta relacja się rozpadła już chyba w 2 tygodniu moich studiów). No i już pierwszego dnia poznałam nowe osoby i zaprzyjaźniliśmy się (ja wcześniej nie miałam takich przyjaciół). W nowym mieście zaczęły dziać się rzeczy, których się nie spodziewałam. To znaczy pod wpływem zmiany otoczenia i rozpoczęcia po raz kolejne czegoś od nowa, zaczęłam stawać się zupełnie inną osobą, owszem dalej byłam kujonem, wycofaną, chamską dziewczyną ze wsi, ale ale wewnątrz mnie zaczęło budzić się dziecko, które nie zostało zaspokojone przez rodziców i cały czas było w potrzebie. Musiałam nauczyć się radzić sobie ze wszystkimi problemami sama. Od samego początku mieszkałam też z przyjaciółmi (akademik, potem mieszkanie), więc było trochę łatwiej, ale zdałam sobie sprawę, że przez całe życie musiałam sobie radzić ze wszystkim sama, a teraz nagle pojawili się w moim życiu przyjaciele, którzy mnie wspierali i zawsze byli obok, którzy zawsze chcieli dla mnie dobrze.

Ogólnie o studiach będzie inny post, więc nie będę tutaj się za bardzo rozpisywać, ale najważniejsze co wydarzyło się w sumie nie tak dawno, bo kilka miesięcy temu to zdałam sobie sprawę. że nie muszę się nikomu podporządkowywać, mogę być cały czas sobą i nie wchodzić nikomu w drogę i nieważne czy mu to pasuje czy nie, ja będę sobą. Życie zależy od tylko i wyłącznie od nas samych, jeżeli ktoś chce je przeżyć narzekając codziennie na wszystko i mówiąc że jest nieszczęśliwy to ok, ale ja nie chcę. Jeśli miałabym dać ci radę, którą musisz wprowadzić do swojego życia, żeby przynajmniej o 1% ono się zmieniło to moja rada byłaby taka: zacznij doceniać to co masz i cieszyć się z każdej małej radości tak jakbyś wygrał milion dolarów. Oprócz tego jest też wiele innych rzeczy, które możemy wprowadzić do naszego życia, ale to jest kluczowe, żeby w ogóle zacząć dostrzegać małe rzeczy, bo to właśnie z nich mamy największą radość. Bardzo ważne jest też żeby polubić siebie, zaakceptować wszystkie swoje wady i po prostu robić to co wszyscy inni, nie przejmując się tym że ktoś może coś powiedzieć, bo jakie znaczenie ma dla ciebie opinia innych obcych ludzi?

Zmiany w życiu są ważne, są kluczowe i tak naprawdę bez zmian ludzie, by chyba umarli z nudów. Zmiany napędzają rozwój ludzkości i mimo, że są trudne to są konieczne i zazwyczaj gdy coś się zmienia to zmienia się na lepsze, dlatego nie bój się zmian, przecież to nie jest nic złego.

Ten post jest niestety trochę chaotyczny, ale piszę go trochę w inny sposób niż zwykle, bo bardzo ciężko jest mi pozbierać myśli. I nie wiem czy ten post ma sens, ale mam nadzieję że dotrwałeś/łaś do końca i przyjemnie ci się to czytało i może teraz nie będziesz bał się zmienić np. pracy na inną, a jeśli chodzi o pracę to mam dosyć spore doświadczenie w zmienianiu pracy hehe.

Dziękuję 😊

12 lutego 2022

Czy nasze miejsce zamieszkania ma wpływ na to jak postrzegamy świat?

Hej 😊

Zastanawialiście się kiedyś czy to, w jakim miejscu jesteście na co dzień ma wpływ na wasze podejście do życia? Ja nigdy o tym nie myślałam, dopóki nie zmieniłam miejsca zamieszkania. Okazuje się, że środowisko, w którym żyjemy ma na nas bardzo duży wpływ.

W moim domu rodzinnym rzadko był spokój. Zazwyczaj każdy dzień obfitował w kłótnie, narzekanie i awantury. Oczywiście były też jakieś zdarzenia pozytywne, np. wycieczki rodzinne, wspólne wakacje. Odkąd moi rodzice zaczęli na zmianę wyjazdy do Niemiec do pracy i wtedy też mama zaczęła szukać sobie dziwnych znajomych (bo ci, których wcześniej miała odwrócili się od niej przez jej zachowanie) to zaczęły się właśnie większe problemy. Moim ukojeniem w cierpieniu było uciekanie w naukę, a później treningi. Co prawda w gimnazjum byłam bardzo słabą uczennicą, ale też nie było się po co starać skoro i tak mnie wyśmiewali za trenowanie karate i „głupią siostrę”. Dopiero w szkole średniej miałam szansę na nowy start i bardziej się przykładałam do nauki. Wtedy też po raz pierwszy w życiu dostałam świadectwo z czerwonym paskiem i stypendium, co sprawiło, że uwierzyłam, że mogę być w czymś dobra.

Szkoła średnia była też tym momentem, gdy zaczęłam mieć swoje pierwsze związki, które nie były zbyt udane, ale przynajmniej pozwalały uciec od rodziców, którzy się nie dogadywali i którzy nie umieli zadbać o moje pozytywne nastawienie w dzieciństwie ani nie nauczyli mnie budowania poczucia własnej wartości.

Od zawsze towarzyszyły mi problemy wynikające ze stresu. Bóle brzucha bez powodu, mdłości, drgawki. W 3 klasie technikum stres spowodował u mnie zapalenie żołądka, które było tak silne w pewnym momencie, że nie byłam w stanie dojechać do szkoły autobusem. Miesiąc spędziłam w domu (wtedy nie było nauki zdalnej). Brałam dużo silnych leków i jakoś udało się z tego wyjść. Potem odkryłam magiczny eliksir na wszystko, czyli krople żołądkowe. Pomagały mi się uspokoić, ukoić ból brzucha i mdłości, używałam ich zbyt często aż popadłam w pewnego rodzaju uzależnienie. Rodzice się tym nie zainteresowali :D. 

W pewnym momencie mojego życia poznałam świetnego chłopaka, akurat gdy kończyłam szkołę średnią była okazja do ucieczki z nim od rodziców. Po wielu przeżyciach, których nie będzie w tym poście, udało mi się całkowicie wyprowadzić z tego domu. Wyprowadziłam się do zupełnie innego miasta. Poszłam na studia. Mieszkałam w akademiku, w sumie po tamtym chłopaku już na początku nie było śladu, bo byłam już zakochana w innym… Poradziłam sobie z tym wszystkim sama, prawie. Ale poznałam nowych przyjaciół, z niektórymi z nich teraz mieszkam.

Studia dały mi bardzo dużo swobody, którą niby miałam w domu, ale nigdy nie była dla mnie odczuwalna. Nigdy nie czułam też, że z rodzicami mogę pogadać o problemach, oni mi nie potrafili pokazać radości z życia, ale pokazali, że życie to jeden wielki problem :D. Do tej pory ciągle narzekają na wszystko. Ale moje podejście jest teraz zupełnie inne. Kiedyś szłam ich drogą, zachowywałam się tak samo. Może bez nadmiernego picia alkoholu i palenia… Na początku studiów byłam bardzo pewna siebie. Niedługo też zajęło mi zdobycie nowego chłopaka i byłam bardzo szczęśliwa, ale jednak jakaś część tego lęku i złości na rodziców we mnie została i to się później ujawniało w tym związku.

Według mnie dom to nie budynek. Dom tworzą ludzie i więzi. Jeśli nie ma żadnej więzi pomiędzy ludźmi to nie jest to żaden dom. Jak jeżdżę do rodziny to właśnie tak się czuję, jakby mnie tylko z rodzicami łączyła krew i ten budynek, a nie jakaś psychiczna więź… Największe przywiązanie czuję do babci albo do cioci, na nie zawsze można było liczyć albo porozmawiać o czymś innym. Ostatnio pojechałam do domu, bo mama przyjechała z Niemiec nasza „rozmowa” to było jej narzekanie cały czas na to samo: na tatę i na siostrę, niezależnie od tego z kim rozmawiała i o czym. Jak jej zagroziłam, że wracam do siebie jak nie przestanie ciągle tego samego tematu ciągnąć to się uspokoiła.

W sumie cieszę się, że moje życie tak wyglądało kiedyś. Nie jestem wyjątkiem, każdy człowiek ma jakieś problemy wynikające z dzieciństwa i mimo, że teraz jako dorosła osoba mam naprawdę przerąbane przez to, to jestem zadowolona, że musiałam przeżywać „piekło” bo przynajmniej mnie to czegoś nauczyło. Wszystko to można uznać za normalne, nikt nie miał idealnego życia, a jeśli miał to zazdroszczę lub współczuję .

Teraz jestem w zupełnie innym miejscu niż jak byłam w szkole średniej jako 16 latka czy 20 letnia studentka. Mając 25 lat dopiero poznałam człowieka, dzięki któremu zaczęłam inaczej postrzegać życie. Zaczęłam interesować się innymi rzeczami. Mój stres też został trochę ograniczony. Trzeba zaakceptować przeszłość i iść dalej. Układać sobie życie na bieżąco, żeby wyglądało tak jak chcemy i broń Boże nie wzorować się na tym jak wyglądało życie naszych rodziców :D, ale także nie pozwalać na to, żeby się samo układało i stać biernie z boku, bo na pewno wam mówili „nic się samo nie robi” i to jest prawda.

Pamiętajcie, że nie ma się czego wstydzić. Każdy z nas ustala sam swoją normalność. Wątpię, żeby ludzie, którzy mnie znają spodziewali się tego po mnie, że byłam uzależniona od czegoś albo że byłam w stanie przekrzyczeć kłótnię rodziców aż do zdarcia gardła :D.

A jeśli naprawdę nie jesteście w stanie zaakceptować miejsca, w którym mieszkacie to może najlepiej byłoby je zmienić? Nie ma czasu w życiu na czekanie aż będzie lepiej! Mamy je tylko jedno i trzeba żyć tu i teraz i być szczęśliwym! 😊

07 grudnia 2021

Kilka słów na początek...

 

Cześć!

Ten blog powstał, aby pokazać że w życiu każdego człowieka pojawiają się zarówno negatywne, jak i pozytywne rzeczy. I jeśli coś nam się nie uda, to wcale nie oznacza, że jesteśmy najgorsi i to już koniec naszego życia. Tak samo jest z tzw. „dobrą passą”. Trzeba pamiętać, że jeśli twoje życie układa się nader dobrze to jednak jest ono sinusoidą i może zaraz nastąpić spadek. Najlepiej nie mieć zbyt wysokich oczekiwań i być realistą. Celem tego projektu jest normalizacja życia, czyli w moim rozumieniu pokazanie, że inni mogą przeżywać i czuć to samo i próba zaakceptowania tego. Na początku chciałabym przytoczyć serię postów z kilkonastoma sytuacjami z mojego życia i moimi przemyśleniami. Ale po kolei…

W social mediach ostatnio bardzo popularne jest tzw. „romantyzowanie życia”. Chyba głównie chodzi w tym oto, żeby docenić je i cieszyć się z małych rzeczy. Równie popularne stało się coś co można nazwać normalizowaniem niektórych ludzkich cech, np. nieidealnego ciała. Przykładowo na Tik Toku można znaleźć wiele influencerek, które pokazują swoje ciała, mimo że nie spełniają one „wymagań” nałożonych przez świat online. Prawda jest taka, że w Internecie już od bardzo dawna ludzie pokazują wszystko co idealne, radosne, piękne. Zrobienie idealnego selfie zajmuje kilka godzin, nie wspominając o odpowiednim ustawieniu światła czy kadru na kubek ze Starbucksa… Oczywiście są wyjątki, ale bardzo ciężko je znaleźć. Niewielu ludzi chce pokazywać swoje prawdziwe życie. Każdy by chciał przecież być postrzegany jako idealna, szczęśliwa osoba.

Perfekcja tak naprawdę nigdy nie była, nie jest i nie będzie częścią prawdziwego życia. Ludzie zostali wręcz stworzeni do tego, aby popełniać błędy i uczyć się na nich. Za tymi wszystkimi pięknymi zdjęciami z Instagrama stoi kilka godzin wysiłku, żeby zdjęcie było dobrze zrobione, masa czasu poświęcona na makijaż, wybór ubrań i oczywiście osoba znajdująca się na zdjęciu, która może mieć równie piękne zdjęcie, jak i straszne życie, do którego nie chce wracać. Nie będę nikogo oceniać ani podawać nazwisk, bo nie to ma na celu ten projekt. Po prostu przywołuję to, bo chcę pokazać, że w życiu ideały nie istnieją. Supermodelki chorują na anoreksję, influencerzy mają depresję, muzycy przedawkowują używki. To tylko jakieś pojedyncze przykłady. Nie ma ludzi bez problemów, nie ma ideałów, nie ma perfekcyjnego schematu na życie.

No i teraz pewnie to wszystko, co napisałam wskazuje na moje negatywne podejście, ale to nie to miałam na celu. Moim zdaniem trzeba akceptować siebie i kochać siebie, a także swoje życie, które może nie zawsze będzie się układać, ale przynajmniej żyjemy. Niektórzy nawet tego nie dostali. Odbiegając od tego, zainspirowałam się do stworzenia takiego kontentu po tym, gdy nie udało mi się zdać egzaminu na prawo jazdy, podczas gdy wszystkie pozostałe egzaminy zawsze zdawałam, ale o tym później. A 24 godzinny odwyk od telefonu sprawił, że zaczynam realizować ten pomysł.

Mam nadzieję, że to wprowadzenie nie odstraszy czytelników 😊.