Hej 😊
Zastanawialiście się kiedyś czy to, w jakim miejscu
jesteście na co dzień ma wpływ na wasze podejście do życia? Ja nigdy o tym nie
myślałam, dopóki nie zmieniłam miejsca zamieszkania. Okazuje się, że
środowisko, w którym żyjemy ma na nas bardzo duży wpływ.
W moim domu rodzinnym rzadko był spokój. Zazwyczaj każdy
dzień obfitował w kłótnie, narzekanie i awantury. Oczywiście były też jakieś
zdarzenia pozytywne, np. wycieczki rodzinne, wspólne wakacje. Odkąd moi rodzice
zaczęli na zmianę wyjazdy do Niemiec do pracy i wtedy też mama zaczęła szukać
sobie dziwnych znajomych (bo ci, których wcześniej miała odwrócili się od niej
przez jej zachowanie) to zaczęły się właśnie większe problemy. Moim ukojeniem w
cierpieniu było uciekanie w naukę, a później treningi. Co prawda w gimnazjum
byłam bardzo słabą uczennicą, ale też nie było się po co starać skoro i tak
mnie wyśmiewali za trenowanie karate i „głupią siostrę”. Dopiero w szkole średniej miałam szansę na nowy start i bardziej się przykładałam do nauki. Wtedy też po
raz pierwszy w życiu dostałam świadectwo z czerwonym paskiem i stypendium, co sprawiło, że uwierzyłam, że mogę być w czymś dobra.
Szkoła średnia była też tym momentem, gdy zaczęłam mieć swoje
pierwsze związki, które nie były zbyt udane, ale przynajmniej pozwalały uciec
od rodziców, którzy się nie dogadywali i którzy nie umieli zadbać o moje
pozytywne nastawienie w dzieciństwie ani nie nauczyli mnie budowania poczucia własnej wartości.
Od zawsze towarzyszyły mi problemy wynikające ze stresu.
Bóle brzucha bez powodu, mdłości, drgawki. W 3 klasie technikum stres
spowodował u mnie zapalenie żołądka, które było tak silne w pewnym momencie, że nie
byłam w stanie dojechać do szkoły autobusem. Miesiąc
spędziłam w domu (wtedy nie było nauki zdalnej). Brałam dużo silnych leków i
jakoś udało się z tego wyjść. Potem odkryłam magiczny eliksir na wszystko,
czyli krople żołądkowe. Pomagały mi się uspokoić, ukoić ból brzucha i mdłości,
używałam ich zbyt często aż popadłam w pewnego rodzaju uzależnienie. Rodzice
się tym nie zainteresowali :D.
W pewnym momencie mojego życia poznałam świetnego chłopaka, akurat gdy kończyłam szkołę średnią była okazja do ucieczki z nim od rodziców. Po wielu
przeżyciach, których nie będzie w tym poście, udało mi się całkowicie
wyprowadzić z tego domu. Wyprowadziłam się do zupełnie innego miasta. Poszłam
na studia. Mieszkałam w akademiku, w sumie po tamtym chłopaku już na początku
nie było śladu, bo byłam już zakochana w innym… Poradziłam sobie z tym
wszystkim sama, prawie. Ale poznałam nowych przyjaciół, z niektórymi z nich teraz
mieszkam.
Studia dały mi bardzo dużo swobody, którą niby miałam w
domu, ale nigdy nie była dla mnie odczuwalna. Nigdy nie czułam też, że z rodzicami mogę pogadać o
problemach, oni mi nie potrafili pokazać radości z życia, ale pokazali, że życie to jeden wielki problem :D. Do tej pory ciągle
narzekają na wszystko. Ale moje podejście jest teraz zupełnie inne. Kiedyś szłam
ich drogą, zachowywałam się tak samo. Może bez nadmiernego picia alkoholu i
palenia… Na początku studiów byłam bardzo pewna siebie. Niedługo też zajęło mi
zdobycie nowego chłopaka i byłam bardzo szczęśliwa, ale jednak jakaś część tego
lęku i złości na rodziców we mnie została i to się później ujawniało w tym
związku.
Według mnie dom to nie budynek. Dom tworzą
ludzie i więzi. Jeśli nie ma żadnej więzi pomiędzy ludźmi to nie jest to żaden
dom. Jak jeżdżę do rodziny to właśnie tak się czuję, jakby mnie tylko z
rodzicami łączyła krew i ten budynek, a nie jakaś psychiczna więź… Największe przywiązanie
czuję do babci albo do cioci, na nie zawsze można było liczyć albo porozmawiać
o czymś innym. Ostatnio pojechałam do domu, bo mama przyjechała z Niemiec nasza
„rozmowa” to było jej narzekanie cały czas na to samo: na tatę i na siostrę,
niezależnie od tego z kim rozmawiała i o czym. Jak jej zagroziłam, że wracam do siebie jak nie przestanie ciągle tego samego tematu ciągnąć to się uspokoiła.
W sumie cieszę się, że moje życie tak wyglądało kiedyś. Nie
jestem wyjątkiem, każdy człowiek ma jakieś problemy wynikające z dzieciństwa i
mimo, że teraz jako dorosła osoba mam naprawdę przerąbane przez to, to jestem
zadowolona, że musiałam przeżywać „piekło” bo przynajmniej mnie to czegoś
nauczyło. Wszystko to można uznać za normalne, nikt nie miał idealnego życia, a
jeśli miał to zazdroszczę lub współczuję ☹.
Teraz jestem w zupełnie innym miejscu niż jak byłam w szkole
średniej jako 16 latka czy 20 letnia studentka. Mając 25 lat dopiero poznałam
człowieka, dzięki któremu zaczęłam inaczej postrzegać życie. Zaczęłam
interesować się innymi rzeczami. Mój stres też został trochę ograniczony. Trzeba
zaakceptować przeszłość i iść dalej. Układać sobie życie na bieżąco, żeby
wyglądało tak jak chcemy i broń Boże nie wzorować się na tym jak wyglądało
życie naszych rodziców :D, ale także nie pozwalać na to, żeby się samo układało
i stać biernie z boku, bo na pewno wam mówili „nic się samo nie robi” i to jest prawda.
Pamiętajcie, że nie ma się czego wstydzić. Każdy z nas
ustala sam swoją normalność. Wątpię, żeby ludzie, którzy mnie znają spodziewali
się tego po mnie, że byłam uzależniona od czegoś albo że byłam w stanie
przekrzyczeć kłótnię rodziców aż do zdarcia gardła :D.
A jeśli naprawdę nie jesteście w stanie zaakceptować
miejsca, w którym mieszkacie to może najlepiej byłoby je zmienić? Nie ma czasu
w życiu na czekanie aż będzie lepiej! Mamy je tylko jedno i trzeba żyć tu i
teraz i być szczęśliwym! 😊
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz