19 lutego 2022

Jak zmienia się nasze podejście wraz z dojrzewaniem?

Na początku ostrzegam, że to długi, nudny post o moim życiu. Pozdrawiam :D

Z wiekiem nasza osobowość bardzo się zmienia. Ma na nią wpływ wiele czynników, np. ludzie, których poznajemy, doświadczenia, które zdobywamy, miejsce, w którym żyjemy. Człowiek nie pozostaje taki sam na całe życie, ponieważ stale jego otoczenie ulega zmianom, a wraz z nim on sam.

Często gdy rozpada się jakaś relacja padają słowa „zmieniłeś/łaś się”. Niektórzy myślą, że ludzie się nie zmieniają, to znaczy mówią tak bo poznali tą drugą osobę lepiej. Prawdą jest jednak, że ludzie się zmieniają naprawdę i to niekoniecznie z własnej woli, ale właśnie pod wpływem sytuacji czy innych osób, otoczenia i wielu innych czynników. Każda nowa relacja czy doświadczenie, każda nowa rzecz, którą robimy ma wpływ na nasze postrzeganie świata. Może to jest inny pogląd niż powszechny, ale wg mnie właśnie tak jest.

Ludzie bardzo łatwo przywiązują się i przyzwyczajają do innych osób czy do rzeczy, które robią codziennie. Właśnie wtedy, po takim długim czasie mówią „zmieniłeś/łaś się”, „zmieniłeś/łaś sposób w jaki mnie traktujesz”. Tylko to nie wynika z tego, że ta osoba tak bez powodu zmieniła to podejście, zawsze za zmianą jest przyczyna. Oczywiście wiadomo, że nie musi ona być wielkiej wagi. Ale życie jest procesem przyczynowo-skutkowym, no i nic nie dzieje się po prostu bez przyczyny. Ktoś zaniedbał swoje zdrowie to będzie chorował, ktoś zrobił krzywdę komuś innemu to będzie cierpiał. Jeśli ktoś nieuważnie jechał samochodem bardzo prawdopodobne jest to, że spowoduje wypadek i będzie również poszkodowany.

Bardzo ciężko jest tak naprawdę mówić o zmianach, gdy każdy człowiek zupełnie inaczej je postrzega. One są konieczne, ale bardzo trudne do zaakceptowania. Zwłaszcza jak zmienia się osoba bardzo nam bliska. Oczywiście, gdy my sami się zmieniamy, na przykład po jakiejś toksycznej relacji to cieszymy się z tego bardzo, bo zmienia się nasze podejście, nasze myślenie. Zmienia się po prostu wszystko w naszym życiu. Właśnie ta zmiana jest wyznacznikiem nowego życia.

Nie sądzę, że jestem odpowiednią osobą do prowadzenia ogólnych rozważań bo nie mam teoretycznej wiedzy, jedynie mogę oprzeć się o to, czego się nauczyłam w życiu, więc przejdę po prostu do opisu w jaki sposób u mnie te zmiany osobowości się objawiły.

Jako dziecko bałam się praktycznie wszystkiego, bałam się rodziny, innych dzieci, bałam się chodzić do przedszkola, a potem do szkoły. Wszystko było dla mnie przerażające i nie pamiętam dokładnie jak się czułam wtedy, ale było to naprawdę bardzo trudne, żeby otworzyć się na ten inny świat. Inne dzieci nie za bardzo mnie lubiły, miałam chyba tylko jedną koleżankę wtedy. Ja wiedziałam, że może gdybym potrafiła się otworzyć to by mnie wszyscy polubili, ale zawsze miałam takie uczucie, że gdy to zrobię to oni bardzo mnie zranią, bo będą mnie mieli pewną część mnie, której ja nie będę mogła kontrolować. Ogólnie byłam bardzo radosnym dzieckiem, trochę buntowniczym i w sumie myślę, że trochę mi z tego zostało tylko, że ja trochę zmieniłam podejście do życia, żeby nie mieć takiego jak moi rodzice mają teraz. Ponieważ gdybym została przy tym co robiłam wcześniej i jak myślałam to byłabym naprawdę bardzo nieszczęśliwa, a ja chcę być szczęśliwa.

W dalszej części mojego życia było gimnazjum, treningi karate, na które uczęszczał mój kuzyn więc mama stwierdziła, że może ja też się do tego będę nadawała. Bardzo mi się to spodobało, ale w szkole byłam ciągle wyśmiewana za to jak się ubieram, za to że w ogóle jestem, za to że trenuje karate, za to że moja siostra jest taka i tak dalej. Oczywiście miałam kilka koleżanek, ale w szkole podstawowej czy gimnazjum potrzebna jest ta akceptacja. Inne dzieci po prostu nie potrafiły mnie zaakceptować i właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że stało się to czego tak bardzo się bałam, czyli otworzyłam się minimalnie na innych, a właściwie to nie otworzyłam się, choć będąc całkowicie szczerym nie musiałam się otwierać, oni i tak mnie odrzucili. To co by się musiało stać gdybym się jednak otworzyła?

W tamtym czasie moje życie było bardzo trudne i dużo czasu poświęcałam na rzeczy bezmyślne, bo one sprawiały, że czułam się lepiej: oglądałam seriale, słuchałam muzyki, chyba biegałam z tego co pamiętam, bo chciałam utrzymać formę (ale jednak karate i tak skończyło się wraz z rozpoczęciem szkoły średniej no ale mniejsza z tym), dużo miałam znajomych z internetu (związków też). Udało mi się skończyć szkołę średnią i gimnazjum z bardzo słabymi wynikami, ale dostałam się do szkoły  średniej dzięki mojej mamie. W tamtej chwili zaczął się taki proces, gdzie zmiana szkoły ma ogromny wpływ na moje myślenie, to znaczy poszłam do szkoły średniej gdzie nie było tych osób, które były w gimnazjum, które mnie krzywdziły, śmiały się ze mnie i nagle poczułam, że mogę zacząć wszystko od zera. Szkoła średnia to właściwie było jedno z najbardziej intensywnych rzeczy w moim życiu pod względem właśnie chęci do życia czy do nauki czy różnych doświadczeń. Wtedy też pierwszy raz byłam w dłuższym związku. Gdy zaczęłam się otwierać na innych to część osób mnie po prostu zaakceptowała, ale były też takie osoby, które totalnie nie mogły zaakceptować tego że jestem trochę inna niż wszyscy (wycofana) i na przykład w tamtym czasie dużo udzielałam się na Facebooku i jedna dziewczyna miała problem, że tak w internecie się udzielam, ale w klasie już nic nie powiem. Ale tak naprawdę nie wiem o co jej chodziło. Tamten czas w moim życiu był też intensywny pod względem tego, że rodzice bardzo dużo się kłócili, wyjeżdżali za granicę do pracy na zmianę, więc w moim życiu było bardzo dużo stresu. Później zaczęły się problemy z moim żołądkiem, które mam praktycznie do dzisiaj i ciężko je opanować w jakikolwiek sposób.

Mój sposób na stres w szkole średniej był taki, że cały czas się uczyłam, chciałam być najlepsza i mój mózg sobie wybrał najgorszą dziedzinę, w jakiej można było być najlepszym, czyli taką której większość osób nie rozumie, ale jest bardzo logiczna - czyli wybrałam matematykę. To sprawiło, że bardzo dużo osób chciało żebym im pomagała, chcieli ode mnie zadania i tak dalej i czułam się po prostu popularna. To bardzo podbudowało moje poczucie wartości, które zostało zniszczone w czasie gimnazjum, ale też trochę przez rodziców, którzy nie potrafili mnie nauczyć tego jak je budować.

W szkole średniej też było dużo zawirowań głównie takich związkowych. W ostatniej klasie pod wpływem emocji podjęłam decyzję, że wyjeżdżam na studia do innego miasta. I wyjechałam, nie bałam się za bardzo, bo miałam tutaj chłopaka/przyjaciela (pomijam to, że ta relacja się rozpadła już chyba w 2 tygodniu moich studiów). No i już pierwszego dnia poznałam nowe osoby i zaprzyjaźniliśmy się (ja wcześniej nie miałam takich przyjaciół). W nowym mieście zaczęły dziać się rzeczy, których się nie spodziewałam. To znaczy pod wpływem zmiany otoczenia i rozpoczęcia po raz kolejne czegoś od nowa, zaczęłam stawać się zupełnie inną osobą, owszem dalej byłam kujonem, wycofaną, chamską dziewczyną ze wsi, ale ale wewnątrz mnie zaczęło budzić się dziecko, które nie zostało zaspokojone przez rodziców i cały czas było w potrzebie. Musiałam nauczyć się radzić sobie ze wszystkimi problemami sama. Od samego początku mieszkałam też z przyjaciółmi (akademik, potem mieszkanie), więc było trochę łatwiej, ale zdałam sobie sprawę, że przez całe życie musiałam sobie radzić ze wszystkim sama, a teraz nagle pojawili się w moim życiu przyjaciele, którzy mnie wspierali i zawsze byli obok, którzy zawsze chcieli dla mnie dobrze.

Ogólnie o studiach będzie inny post, więc nie będę tutaj się za bardzo rozpisywać, ale najważniejsze co wydarzyło się w sumie nie tak dawno, bo kilka miesięcy temu to zdałam sobie sprawę. że nie muszę się nikomu podporządkowywać, mogę być cały czas sobą i nie wchodzić nikomu w drogę i nieważne czy mu to pasuje czy nie, ja będę sobą. Życie zależy od tylko i wyłącznie od nas samych, jeżeli ktoś chce je przeżyć narzekając codziennie na wszystko i mówiąc że jest nieszczęśliwy to ok, ale ja nie chcę. Jeśli miałabym dać ci radę, którą musisz wprowadzić do swojego życia, żeby przynajmniej o 1% ono się zmieniło to moja rada byłaby taka: zacznij doceniać to co masz i cieszyć się z każdej małej radości tak jakbyś wygrał milion dolarów. Oprócz tego jest też wiele innych rzeczy, które możemy wprowadzić do naszego życia, ale to jest kluczowe, żeby w ogóle zacząć dostrzegać małe rzeczy, bo to właśnie z nich mamy największą radość. Bardzo ważne jest też żeby polubić siebie, zaakceptować wszystkie swoje wady i po prostu robić to co wszyscy inni, nie przejmując się tym że ktoś może coś powiedzieć, bo jakie znaczenie ma dla ciebie opinia innych obcych ludzi?

Zmiany w życiu są ważne, są kluczowe i tak naprawdę bez zmian ludzie, by chyba umarli z nudów. Zmiany napędzają rozwój ludzkości i mimo, że są trudne to są konieczne i zazwyczaj gdy coś się zmienia to zmienia się na lepsze, dlatego nie bój się zmian, przecież to nie jest nic złego.

Ten post jest niestety trochę chaotyczny, ale piszę go trochę w inny sposób niż zwykle, bo bardzo ciężko jest mi pozbierać myśli. I nie wiem czy ten post ma sens, ale mam nadzieję że dotrwałeś/łaś do końca i przyjemnie ci się to czytało i może teraz nie będziesz bał się zmienić np. pracy na inną, a jeśli chodzi o pracę to mam dosyć spore doświadczenie w zmienianiu pracy hehe.

Dziękuję 😊

12 lutego 2022

Czy nasze miejsce zamieszkania ma wpływ na to jak postrzegamy świat?

Hej 😊

Zastanawialiście się kiedyś czy to, w jakim miejscu jesteście na co dzień ma wpływ na wasze podejście do życia? Ja nigdy o tym nie myślałam, dopóki nie zmieniłam miejsca zamieszkania. Okazuje się, że środowisko, w którym żyjemy ma na nas bardzo duży wpływ.

W moim domu rodzinnym rzadko był spokój. Zazwyczaj każdy dzień obfitował w kłótnie, narzekanie i awantury. Oczywiście były też jakieś zdarzenia pozytywne, np. wycieczki rodzinne, wspólne wakacje. Odkąd moi rodzice zaczęli na zmianę wyjazdy do Niemiec do pracy i wtedy też mama zaczęła szukać sobie dziwnych znajomych (bo ci, których wcześniej miała odwrócili się od niej przez jej zachowanie) to zaczęły się właśnie większe problemy. Moim ukojeniem w cierpieniu było uciekanie w naukę, a później treningi. Co prawda w gimnazjum byłam bardzo słabą uczennicą, ale też nie było się po co starać skoro i tak mnie wyśmiewali za trenowanie karate i „głupią siostrę”. Dopiero w szkole średniej miałam szansę na nowy start i bardziej się przykładałam do nauki. Wtedy też po raz pierwszy w życiu dostałam świadectwo z czerwonym paskiem i stypendium, co sprawiło, że uwierzyłam, że mogę być w czymś dobra.

Szkoła średnia była też tym momentem, gdy zaczęłam mieć swoje pierwsze związki, które nie były zbyt udane, ale przynajmniej pozwalały uciec od rodziców, którzy się nie dogadywali i którzy nie umieli zadbać o moje pozytywne nastawienie w dzieciństwie ani nie nauczyli mnie budowania poczucia własnej wartości.

Od zawsze towarzyszyły mi problemy wynikające ze stresu. Bóle brzucha bez powodu, mdłości, drgawki. W 3 klasie technikum stres spowodował u mnie zapalenie żołądka, które było tak silne w pewnym momencie, że nie byłam w stanie dojechać do szkoły autobusem. Miesiąc spędziłam w domu (wtedy nie było nauki zdalnej). Brałam dużo silnych leków i jakoś udało się z tego wyjść. Potem odkryłam magiczny eliksir na wszystko, czyli krople żołądkowe. Pomagały mi się uspokoić, ukoić ból brzucha i mdłości, używałam ich zbyt często aż popadłam w pewnego rodzaju uzależnienie. Rodzice się tym nie zainteresowali :D. 

W pewnym momencie mojego życia poznałam świetnego chłopaka, akurat gdy kończyłam szkołę średnią była okazja do ucieczki z nim od rodziców. Po wielu przeżyciach, których nie będzie w tym poście, udało mi się całkowicie wyprowadzić z tego domu. Wyprowadziłam się do zupełnie innego miasta. Poszłam na studia. Mieszkałam w akademiku, w sumie po tamtym chłopaku już na początku nie było śladu, bo byłam już zakochana w innym… Poradziłam sobie z tym wszystkim sama, prawie. Ale poznałam nowych przyjaciół, z niektórymi z nich teraz mieszkam.

Studia dały mi bardzo dużo swobody, którą niby miałam w domu, ale nigdy nie była dla mnie odczuwalna. Nigdy nie czułam też, że z rodzicami mogę pogadać o problemach, oni mi nie potrafili pokazać radości z życia, ale pokazali, że życie to jeden wielki problem :D. Do tej pory ciągle narzekają na wszystko. Ale moje podejście jest teraz zupełnie inne. Kiedyś szłam ich drogą, zachowywałam się tak samo. Może bez nadmiernego picia alkoholu i palenia… Na początku studiów byłam bardzo pewna siebie. Niedługo też zajęło mi zdobycie nowego chłopaka i byłam bardzo szczęśliwa, ale jednak jakaś część tego lęku i złości na rodziców we mnie została i to się później ujawniało w tym związku.

Według mnie dom to nie budynek. Dom tworzą ludzie i więzi. Jeśli nie ma żadnej więzi pomiędzy ludźmi to nie jest to żaden dom. Jak jeżdżę do rodziny to właśnie tak się czuję, jakby mnie tylko z rodzicami łączyła krew i ten budynek, a nie jakaś psychiczna więź… Największe przywiązanie czuję do babci albo do cioci, na nie zawsze można było liczyć albo porozmawiać o czymś innym. Ostatnio pojechałam do domu, bo mama przyjechała z Niemiec nasza „rozmowa” to było jej narzekanie cały czas na to samo: na tatę i na siostrę, niezależnie od tego z kim rozmawiała i o czym. Jak jej zagroziłam, że wracam do siebie jak nie przestanie ciągle tego samego tematu ciągnąć to się uspokoiła.

W sumie cieszę się, że moje życie tak wyglądało kiedyś. Nie jestem wyjątkiem, każdy człowiek ma jakieś problemy wynikające z dzieciństwa i mimo, że teraz jako dorosła osoba mam naprawdę przerąbane przez to, to jestem zadowolona, że musiałam przeżywać „piekło” bo przynajmniej mnie to czegoś nauczyło. Wszystko to można uznać za normalne, nikt nie miał idealnego życia, a jeśli miał to zazdroszczę lub współczuję .

Teraz jestem w zupełnie innym miejscu niż jak byłam w szkole średniej jako 16 latka czy 20 letnia studentka. Mając 25 lat dopiero poznałam człowieka, dzięki któremu zaczęłam inaczej postrzegać życie. Zaczęłam interesować się innymi rzeczami. Mój stres też został trochę ograniczony. Trzeba zaakceptować przeszłość i iść dalej. Układać sobie życie na bieżąco, żeby wyglądało tak jak chcemy i broń Boże nie wzorować się na tym jak wyglądało życie naszych rodziców :D, ale także nie pozwalać na to, żeby się samo układało i stać biernie z boku, bo na pewno wam mówili „nic się samo nie robi” i to jest prawda.

Pamiętajcie, że nie ma się czego wstydzić. Każdy z nas ustala sam swoją normalność. Wątpię, żeby ludzie, którzy mnie znają spodziewali się tego po mnie, że byłam uzależniona od czegoś albo że byłam w stanie przekrzyczeć kłótnię rodziców aż do zdarcia gardła :D.

A jeśli naprawdę nie jesteście w stanie zaakceptować miejsca, w którym mieszkacie to może najlepiej byłoby je zmienić? Nie ma czasu w życiu na czekanie aż będzie lepiej! Mamy je tylko jedno i trzeba żyć tu i teraz i być szczęśliwym! 😊