Na początku ostrzegam, że to długi, nudny post o moim życiu. Pozdrawiam :D
Z wiekiem nasza osobowość bardzo się zmienia. Ma na nią
wpływ wiele czynników, np. ludzie, których poznajemy, doświadczenia, które
zdobywamy, miejsce, w którym żyjemy. Człowiek nie pozostaje taki sam na całe
życie, ponieważ stale jego otoczenie ulega zmianom, a wraz z nim on sam.
Często gdy rozpada się jakaś relacja padają słowa „zmieniłeś/łaś
się”. Niektórzy myślą, że ludzie się nie zmieniają, to znaczy mówią tak bo
poznali tą drugą osobę lepiej. Prawdą jest jednak, że ludzie się zmieniają
naprawdę i to niekoniecznie z własnej woli, ale właśnie pod wpływem sytuacji
czy innych osób, otoczenia i wielu innych czynników. Każda nowa relacja czy doświadczenie,
każda nowa rzecz, którą robimy ma wpływ na nasze postrzeganie świata. Może to
jest inny pogląd niż powszechny, ale wg mnie właśnie tak jest.
Ludzie bardzo łatwo przywiązują się i przyzwyczajają do
innych osób czy do rzeczy, które robią codziennie. Właśnie wtedy, po takim
długim czasie mówią „zmieniłeś/łaś się”, „zmieniłeś/łaś sposób w jaki mnie
traktujesz”. Tylko to nie wynika z tego, że ta osoba tak bez powodu zmieniła to
podejście, zawsze za zmianą jest przyczyna. Oczywiście wiadomo, że nie musi ona
być wielkiej wagi. Ale życie jest procesem przyczynowo-skutkowym, no i nic nie
dzieje się po prostu bez przyczyny. Ktoś zaniedbał swoje zdrowie to będzie
chorował, ktoś zrobił krzywdę komuś innemu to będzie cierpiał. Jeśli ktoś
nieuważnie jechał samochodem bardzo prawdopodobne jest to, że spowoduje wypadek
i będzie również poszkodowany.
Bardzo ciężko jest tak naprawdę mówić o zmianach, gdy każdy
człowiek zupełnie inaczej je postrzega. One są konieczne, ale bardzo trudne do
zaakceptowania. Zwłaszcza jak zmienia się osoba bardzo nam bliska. Oczywiście,
gdy my sami się zmieniamy, na przykład po jakiejś toksycznej relacji to
cieszymy się z tego bardzo, bo zmienia się nasze podejście, nasze myślenie. Zmienia
się po prostu wszystko w naszym życiu. Właśnie ta zmiana jest wyznacznikiem
nowego życia.
Nie sądzę, że jestem odpowiednią osobą do prowadzenia
ogólnych rozważań bo nie mam teoretycznej wiedzy, jedynie mogę oprzeć się o to,
czego się nauczyłam w życiu, więc przejdę po prostu do opisu w jaki sposób u
mnie te zmiany osobowości się objawiły.
Jako dziecko bałam się praktycznie wszystkiego, bałam się
rodziny, innych dzieci, bałam się chodzić do przedszkola, a potem do szkoły.
Wszystko było dla mnie przerażające i nie pamiętam dokładnie jak się czułam
wtedy, ale było to naprawdę bardzo trudne, żeby otworzyć się na ten inny świat.
Inne dzieci nie za bardzo mnie lubiły, miałam chyba tylko jedną koleżankę wtedy.
Ja wiedziałam, że może gdybym potrafiła się otworzyć to by mnie wszyscy
polubili, ale zawsze miałam takie uczucie, że gdy to zrobię to oni bardzo mnie
zranią, bo będą mnie mieli pewną część mnie, której ja nie będę mogła
kontrolować. Ogólnie byłam bardzo radosnym dzieckiem, trochę buntowniczym i w
sumie myślę, że trochę mi z tego zostało tylko, że ja trochę zmieniłam
podejście do życia, żeby nie mieć takiego jak moi rodzice mają teraz. Ponieważ
gdybym została przy tym co robiłam wcześniej i jak myślałam to byłabym naprawdę
bardzo nieszczęśliwa, a ja chcę być szczęśliwa.
W dalszej części mojego życia było gimnazjum, treningi
karate, na które uczęszczał mój kuzyn więc mama stwierdziła, że może ja też się
do tego będę nadawała. Bardzo mi się to spodobało, ale w szkole byłam ciągle
wyśmiewana za to jak się ubieram, za to że w ogóle jestem, za to że trenuje
karate, za to że moja siostra jest taka i tak dalej. Oczywiście miałam kilka
koleżanek, ale w szkole podstawowej czy gimnazjum potrzebna jest ta akceptacja.
Inne dzieci po prostu nie potrafiły mnie zaakceptować i właśnie wtedy zdałam
sobie sprawę, że stało się to czego tak bardzo się bałam, czyli otworzyłam się
minimalnie na innych, a właściwie to nie otworzyłam się, choć będąc całkowicie
szczerym nie musiałam się otwierać, oni i tak mnie odrzucili. To co by się
musiało stać gdybym się jednak otworzyła?
W tamtym czasie moje życie było bardzo trudne i dużo czasu
poświęcałam na rzeczy bezmyślne, bo one sprawiały, że czułam się lepiej:
oglądałam seriale, słuchałam muzyki, chyba biegałam z tego co pamiętam, bo
chciałam utrzymać formę (ale jednak karate i tak skończyło się wraz z
rozpoczęciem szkoły średniej no ale mniejsza z tym), dużo miałam znajomych z
internetu (związków też). Udało mi się skończyć szkołę średnią i gimnazjum z
bardzo słabymi wynikami, ale dostałam się do szkoły średniej dzięki mojej mamie. W tamtej chwili
zaczął się taki proces, gdzie zmiana szkoły ma ogromny wpływ na moje myślenie,
to znaczy poszłam do szkoły średniej gdzie nie było tych osób, które były w
gimnazjum, które mnie krzywdziły, śmiały się ze mnie i nagle poczułam, że mogę
zacząć wszystko od zera. Szkoła średnia to właściwie było jedno z najbardziej
intensywnych rzeczy w moim życiu pod względem właśnie chęci do życia czy do
nauki czy różnych doświadczeń. Wtedy też pierwszy raz byłam w dłuższym związku.
Gdy zaczęłam się otwierać na innych to część osób mnie po prostu zaakceptowała,
ale były też takie osoby, które totalnie nie mogły zaakceptować tego że jestem
trochę inna niż wszyscy (wycofana) i na przykład w tamtym czasie dużo
udzielałam się na Facebooku i jedna dziewczyna miała problem, że tak w
internecie się udzielam, ale w klasie już nic nie powiem. Ale tak naprawdę nie
wiem o co jej chodziło. Tamten czas w moim życiu był też intensywny pod
względem tego, że rodzice bardzo dużo się kłócili, wyjeżdżali za granicę do
pracy na zmianę, więc w moim życiu było bardzo dużo stresu. Później zaczęły się
problemy z moim żołądkiem, które mam praktycznie do dzisiaj i ciężko je
opanować w jakikolwiek sposób.
Mój sposób na stres w szkole średniej był taki, że cały czas
się uczyłam, chciałam być najlepsza i mój mózg sobie wybrał najgorszą dziedzinę,
w jakiej można było być najlepszym, czyli taką której większość osób nie
rozumie, ale jest bardzo logiczna - czyli wybrałam matematykę. To sprawiło, że
bardzo dużo osób chciało żebym im pomagała, chcieli ode mnie zadania i tak
dalej i czułam się po prostu popularna. To bardzo podbudowało moje poczucie
wartości, które zostało zniszczone w czasie gimnazjum, ale też trochę przez
rodziców, którzy nie potrafili mnie nauczyć tego jak je budować.
W szkole średniej też było dużo zawirowań głównie takich
związkowych. W ostatniej klasie pod wpływem emocji podjęłam decyzję, że
wyjeżdżam na studia do innego miasta. I wyjechałam, nie bałam się za bardzo, bo
miałam tutaj chłopaka/przyjaciela (pomijam to, że ta relacja się rozpadła już
chyba w 2 tygodniu moich studiów). No i już pierwszego dnia poznałam nowe osoby
i zaprzyjaźniliśmy się (ja wcześniej nie miałam takich przyjaciół). W nowym
mieście zaczęły dziać się rzeczy, których się nie spodziewałam. To znaczy pod
wpływem zmiany otoczenia i rozpoczęcia po raz kolejne czegoś od nowa, zaczęłam
stawać się zupełnie inną osobą, owszem dalej byłam kujonem, wycofaną, chamską
dziewczyną ze wsi, ale ale wewnątrz mnie zaczęło budzić się dziecko, które nie
zostało zaspokojone przez rodziców i cały czas było w potrzebie. Musiałam
nauczyć się radzić sobie ze wszystkimi problemami sama. Od samego początku mieszkałam
też z przyjaciółmi (akademik, potem mieszkanie), więc było trochę łatwiej, ale
zdałam sobie sprawę, że przez całe życie musiałam sobie radzić ze wszystkim
sama, a teraz nagle pojawili się w moim życiu przyjaciele, którzy mnie
wspierali i zawsze byli obok, którzy zawsze chcieli dla mnie dobrze.
Ogólnie o studiach będzie inny post, więc nie będę tutaj się
za bardzo rozpisywać, ale najważniejsze co wydarzyło się w sumie nie tak dawno,
bo kilka miesięcy temu to zdałam sobie sprawę. że nie muszę się nikomu
podporządkowywać, mogę być cały czas sobą i nie wchodzić nikomu w drogę i nieważne
czy mu to pasuje czy nie, ja będę sobą. Życie zależy od tylko i wyłącznie od
nas samych, jeżeli ktoś chce je przeżyć narzekając codziennie na wszystko i
mówiąc że jest nieszczęśliwy to ok, ale ja nie chcę. Jeśli miałabym dać ci radę,
którą musisz wprowadzić do swojego życia, żeby przynajmniej o 1% ono się
zmieniło to moja rada byłaby taka: zacznij doceniać to co masz i cieszyć się z
każdej małej radości tak jakbyś wygrał milion dolarów. Oprócz tego jest też
wiele innych rzeczy, które możemy wprowadzić do naszego życia, ale to jest
kluczowe, żeby w ogóle zacząć dostrzegać małe rzeczy, bo to właśnie z nich mamy
największą radość. Bardzo ważne jest też żeby polubić siebie, zaakceptować
wszystkie swoje wady i po prostu robić to co wszyscy inni, nie przejmując się
tym że ktoś może coś powiedzieć, bo jakie znaczenie ma dla ciebie opinia innych
obcych ludzi?
Zmiany w życiu są ważne, są kluczowe i tak naprawdę bez
zmian ludzie, by chyba umarli z nudów. Zmiany napędzają rozwój ludzkości i mimo,
że są trudne to są konieczne i zazwyczaj gdy coś się zmienia to zmienia się na
lepsze, dlatego nie bój się zmian, przecież to nie jest nic złego.
Ten post jest niestety trochę chaotyczny, ale piszę go
trochę w inny sposób niż zwykle, bo bardzo ciężko jest mi pozbierać myśli. I
nie wiem czy ten post ma sens, ale mam nadzieję że dotrwałeś/łaś do końca i
przyjemnie ci się to czytało i może teraz nie będziesz bał się zmienić np. pracy
na inną, a jeśli chodzi o pracę to mam dosyć spore doświadczenie w zmienianiu
pracy hehe.
Dziękuję 😊
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz